Prolog
Zanim zacznę pisać
tę historię, należy zadać sobie jedno, zasadnicze pytanie. Czy Albus Dumbledore
spotykając na swojej drodze po raz pierwszy Toma Marvolo Riddle’a wiedział, że
będzie on najniebezpieczniejszym czarnoksiężnikiem na świecie? Jeśli tak, to
czy cokolwiek by z tym zrobił czy próbował zmienić? To zawsze będzie zagadką,
która nie zostanie rozwiązana. Kiedy zastępca dyrektora Hogwartu Albus Brian
Wulfryk Percival Dumbledore poznał tego czarodzieja, ten był zaledwie
jedenastoletnim, zagubionym chłopcem. Niezwykłym, ale jednak tylko chłopcem,
który wiele się musiał nauczyć. Nikt nie spodziewał się, że wyrośnie z niego ktoś,
przed kogo imieniem będą drżeń najodważniejsi czarodzieje. Lord Voldemort,
najpotężniejszy czarnoksiężnik na świecie, władający mocą i zdolnościami, jakim
nie śniło się większości magicznych. Nazywał siebie Panem Śmierci, gdyż znalazł
sposób na jej oszukanie. Przekroczył granice magii do granic możliwości.
Stworzył siedem horkruksów, każdy skrywający fragment jego pokaleczonej duszy.
Stał się nieśmiertelnym i był tylko jeden człowiek mający siłę go pokonać –
Wybraniec, a nazywający siebie Czarnym Panem, nie mógł dopuścić do jego
narodzin...
Rozdział 1
Deszcz uderzał o
szyby, a krople leniwie jedna za drugą spływały cienkim strumieniem po
przezroczystej tafli szkła. Budynek był szary i równie bezbarwny jak otaczająca
Anglię aura. Tynk odpadał od ścian, a dach w niektórych miejscach przeciekał
tworząc rozległe kałuże na korytarzach bądź w pokojach, które tak sumiennie sprzątała
opiekunka i zarazem właścicielka londyńskiego sierocińca. Pośród tego całego
siąpienia i kapania gdzie normalni ludzie kryją się w bezpiecznych, ciepłych i
suchych domach, jeden człowiek kroczył środkiem zamoczonej ulicy. Gdyby
spojrzeć na niego z boku, przez myśl może przebiec tylko jedno określenie: ,,wariat’’.
Włosy zwisały w strąkach, poszarpana broda wcale nie była w lepszym stanie, a
ubranie przyprawiało o zawrót głowy. Stare, niemodne już od jakichś dwudziestu
lat i dziwne. Mężczyzna niewiele się tym przejmował. Miał do załatwienia pewną sprawę,
bo po to właśnie tutaj przybył. Kroki odbijały się od opustoszałej drogi, a
przed jego oczami wyrosła czarna, mosiężna brama, by wreszcie mógł stanąć u
potężnych, dębowych, lecz mocno napoczętych przez korniki drzwi. Zegar na wieży
wybił ósmą. Dość późna pora jak na odwiedziny tego nietypowego gościa.
Cicho i dyskretnie
zastukał, czekając na odpowiedź. Stukanie obcasów po betonowej posadzce
powiedziało mu, że ktoś się zbliża, a ich natężenie i szybkość ich stawiania
dodało, że osoba ta nie jest zadowolona faktem obcego za drzwiami. Ruch klamki
i w progu ukazała się pomarszczona twarz siwowłosej kobiety, o brwiach
zmarszczonych w złości, ale i w geście zdziwienia.
- Czas odwiedzin skończył się równo o
osiemnastej. Proszę przyjść jutro, panie...? – Rozległ się donośny, może
zbyt piskliwy głos. Wyraźnie oczekiwała, aż przybysz poda swoje nazwisko.
- Albus Dumbledore. Dobry wieczór, pani
Connor. Chciałbym się zobaczyć z Tomem – przyjaźnie i z lekkim uśmiechem
odpowiedział mężczyzna. Czekał, aż opiekunka zaprosi go do środka z tego
deszczu i zaprowadzi do młodzieńca, by mógł spokojnie z nim porozmawiać.
- Już śpi. Była dzisiaj jego ciocia. Sam pan
wie, że nie może go do siebie zabrać, gdyż sama wychowuje szóstkę dzieci i nie
dałaby rady... – zaczęła przepraszającym tonem.
- Chodzi mi o Toma Riddle – przerwał jej dość
spokojnym i w miarę grzecznym tonem.
Widać było, że
kobieta jest zaskoczona. On nie miał rodziny. Matka urodziła go tutaj, nadając
mu nazwisko i imiona, po czym umarła z wycieńczenia i zimna. Nikt inny go nigdy
nie odwiedził, a dzieci nie chciały się z nim bawić. Bały się go, chociaż
niekoniecznie z wiadomych powodów. Dlatego wiadomość, że ktoś chciałby zobaczyć
się po raz pierwszy z tym chłopakiem, wydała się nieco dziwna i dopiero po chwili
w jej oczach pojawiło się coś na kształt zrozumienia i natychmiast wpuściła
nieznajomego do środka.
Pomieszczenie
zwane było przedpokojem, a raczej niewielkim holem. Tapeta odklejała się od
ścian prosząc o zmianę bądź jakąkolwiek ingerencję człowieka, a na hebanowym
stoliku stał wazon z kwiatami, zwiędłymi i zapomnianymi przez otoczenie. Był to
smutny widok. Poza tym nie było tu nic więcej, a jedyną ozdobą był obraz ze
zbitą szybką przedstawiający zachód słońca.
- Pan do mnie pisał, prawda? W jego sprawie?
Zabierzecie go, zgadza się? Zawsze wiedziałam, że z nim jest coś nie tak, że
trzeba go zamknąć i leczyć...
- Pani Connor. Chciałbym z nim porozmawiać.
Zaprowadzi mnie pani do jego pokoju? – znów jej przerwał, lecz ton był o
wiele bardziej stanowczy. Nie podobało mu się to, że kobieta uważa tego
jedenastolatka za wariata. To, że był nieco inny niż pozostali wcale o tym nie
świadczyło, że był szalony. Przynajmniej wtedy tak myślał.
- Oczywiście, proszę za mną.
Poprowadziła go
wąskim korytarzem. Drzwi, jakie znajdowały się w ścianach i prowadziły zapewne
do pokoi pozostałych sierot, ledwie trzymały się zawiasów. Przynajmniej tyle
można powiedzieć. Zatrzymali się przy kolejnych, ze zwykłego, sosnowego drewna.
Kobieta nie pukając otworzyła je i hamując swoją niechęć, poinformowała go, że
ma gościa, po czym szybko się oddaliła jakby nie chciała mieć już z nim nic
wspólnego.
- Dobry wieczór, Tom – przywitał się
mężczyzna zbliżając się nieco. Podszedł wystarczająco blisko, po czym usiadł na
łóżku. Chłopiec milczał i obserwował przybysza. Nie znał go, nie ufał mu, ale
podświadomie czuł, że za moment wydarzy się coś, co zmieni jego życie na
zawsze. Nie pytał, nie odzywał się. Czekał, aż powie mu to, co ma do
powiedzenia.
- Nazywam się Albus Dumbledore - życzliwie się uśmiechnął.
- Nie
jest pan doktorem, prawda? – zapytał chłopak z niezwykłą mocą i złością w
głosie. Rysował w głowie najgorsze scenariusze, że go stąd zabiorą i zamkną
gdzieś, skąd nigdy nie wyjdzie.
- Nie. Jestem nauczycielem.
- Nie wierzę panu. Kazała mnie obejrzeć.
Uważa, że jestem inny – zaprzeczył gwałtownie, a jego oczy i tak już
wystarczająco ciemne, zrobiły się niemal czarne. Nie był szaleńcem, nie pozwoli
na zabranie go stąd. Prędzej ucieknie.
- No i może ma rację? – spojrzał na niego
dość ciepło i przyjacielsko. Widział w nim zagubienie, ale i całą złość na to,
że musi tu tkwić samotny.
- Nie jestem szalony!
- Słyszałem, że posiadasz zdolności. Odmienne
niż inne dzieci.
- Mogę coś podnieść, nie dotykając tego.
Zwierzęta robią to, co chcę, choć ich nie tresuję. Mogę sprawić, że coś się
stanie temu, kto mi się narazi. Może cierpieć... Jeśli zechcę.
Albus uważnie mu
się przyjrzał. Dotarło do niego, że wie, iż nie jest zwykłym człowiekiem. Wyczytał
to z tonu jego głosu. To, z jaką dumą mówił o tym, co robi, jakie ma zdolności.
Wręcz upajał się tym, że może zrobić krzywdę. Dostrzegł w nim jednak pewne
zagubienie, że nie robi tego celowo, a jedynie w obronie, gdy czuje się zły
albo krzywdzony. A może tak naprawdę nie chciał dostrzec niczego innego.
- Czego pan chce? – władczy ton jaki
wydobył się z ust młodego bruneta, nie znosił sprzeciwu. Musiało być tak jak on
pragnie, teraz i natychmiast. Oczekiwał odpowiedzi i to wyjaśniającej wszystko.
- Jestem taki sam jak ty. Jestem inny.
- Udowodnij.
Wyraźnie dało się
usłyszeć rozkaz w jego głosie, a w oczach widać było pełen oczekiwania błysk.
Szafa stanęła w
płomieniach, a przerażone oczy chłopaka rozszerzyły się. Nie bał się jednak
tego niezwykłego zjawiska jakie powstało, ale faktu, że jego największe skarby
mogą ulec zniszczeniu. Musiał się napracować na ich zdobycie i nie potrafił
znieść myśli, że tak po prostu je straci. Miał ochotę skrzywdzić nieznanego sobie
człowieka, tak by cierpiał za to, że ośmielił się odebrać mu coś tak cennego.
Z wnętrza
płonącego mebla rozległo się stukanie, a potem szafa zaczęła dygotać, jakby
chciała pozbyć się czegoś wyjątkowo okropnego ze swojego wnętrza.
Starzec spojrzał
na niego karcąco.
- Zdaje mi się, że coś chce się wydostać z twojej
szafy.
Wtedy małomówny
młodzieniec zerwał się z krzesła, z którego nie ruszył się od momentu przyjścia
gościa i otworzył drzwi szafy na oścież. Brązowe pudełko trzęsło się i
podskakiwało w miejscu. Natychmiast złapał je w dłonie i płomienie zniknęły
równie nagle jak się pojawiły. Wrócił na krzesło i podniósł wieczko drewnianej szkatułki.
Jo-jo, zegarek, metalowy guzik, oderwana lalce głowa i ususzony króliczy ogonek,
były nienaruszone. Zaskoczony spojrzał na tajemniczego przybysza.
- W Hogwarcie nie tolerujemy kradzieży. Musisz
zwrócić te przedmioty ich pierwotnym właścicielom.
- Są moje! – krzyknął i zatrzasnął
pudełko, chowając je za plecami. Nie miał zamiaru nic nikomu oddawać. Te rzeczy
były tylko jego. Nikt nie miał już do nich żadnego prawa.
- Zdobyłeś je całkowicie legalnie? –
zapytał dobrotliwie staruszek, aczkolwiek z nutką pewnej surowości w głosie.
Po raz pierwszy
Tom Marvolo Riddle przyjrzał się obcemu, który do niego przyszedł. Ruda broda i
ciemne, lekko siwiejące już włosy, naznaczona zmarszczkami, ale i sympatyczna
twarz. Było w nim jednak coś takiego, co zupełnie mu się nie spodobało. Miłość
i współczucie malowało się w jego blado niebieskich tęczówkach, a to jedyne, co
nie jest mu potrzebne. Nie szukał litości, był jaki był i taki pragnął być postrzegany.
Marzył, by budzić strach i szacunek, bo go do tego stworzono i był o tym przekonany. Przecież sam
dziwny znajomy powiedział, że jest niezwykły, inny niż pozostałe dzieci, musiał
być kimś ważnym.
- Znalazłem je – skłamał zupełnie się tym
nie przejmując. Nie znał tego człowieka siedzącego na jego łóżku, dlaczego
miałby mu mówić o tym co zrobił, a czego nie? Nie widział takiej potrzeby.
- Skoro tak – westchnął Dumbledore. Nie po
to przyszedł tutaj, by tłumaczyć mu różnicę, między znalezieniem, a kradzieżą
jakiejś rzeczy, chociaż wiedział oczywiście, że chłopak zawłaszczył je sobie od
innych wychowanków. Przybył tu w zupełnie innym celu.
- Hogwart to szkoła magii, Tom. Jesteś
czarodziejem takim samym jak ja – wytłumaczył spokojnie i napotkał
przeszywające go niemal na wylot spojrzenie. Nie wiedział bliżej dlaczego, ale
poczuł coś na kształt niepokoju, gdy zobaczył jego wyraz. Duma? Pewność? Wyższość?
Zdecydowanie po każdym z tych słów. Był dumny, że jest czarodziejem, być może
domyślał się, że jest niezwykły, sam przecież to powiedział, chełpił się
robieniem krzywdy słabszym od siebie i sam upewnił go w tej niezwykłości. Od
razu dało się zauważyć również to, że poczuł się o wiele lepszy od innych
,,zwykłych’’ ludzi, i nie spodobało mu się to. Postanowił jednak nic z tym nie
robić twierdząc, że jako jedenastoletni chłopiec, w dodatku sierota, ma do tego
pełne prawo, a w zamku wpoją mu ważne zasady, których będzie przestrzegał.
Ukształtują go na dobrego czarodzieja, jak przedtem Marvola i Morfina Gauntów.
– Uczymy tam zaklęć, eliksirów,
transmutacji oraz innych równie ciekawych zajęć...
- Transmutacji? – przerwał pytając ze
szczerym zainteresowaniem, a oczy zabłysnęły z podekscytowania.
- Tak. To zmienianie różnych rzeczy w inne, a
czasem także i zwierząt – wyjaśnił ciepło nowy znajomy. – Ja zajmuję się tym przedmiotem i chętnie
będę cię go uczył – zauważył, że na wzmiankę o tym, że będzie go uczył,
jego zaangażowanie nieco przygasło.
Przypomniał sobie
o liście, pierwszym liście, jaki powinien otrzymać przez hogwardzką sowę, gdyby
mieszkał w ciepłym, rodzinnym i pełnym miłości domu. Los jednak chciał inaczej
i musieli takie sprawy załatwiać niezwykle delikatnie.
– Mam tu coś dla ciebie – wręczył mu list
w białej kopercie, zalakowanej czerwonym woskiem w kształcie czterech herbów
domów.
Starając się ukryć
drżenie rąk i narastające podniecenie brunet przełamał pieczęć i wyjął z
koperty długi list zaadresowany do niego. Porzuconego i samotnego. Teraz
wszystko się zmieni, będzie tak jak sobie wymarzy, jak będzie chciał. Był kimś.
Był czarodziejem, a kiedy już nauczy się czarować, a dołoży wszelkich starań,
by to się stało, pokaże temu światu jak to jest być poniewieranym. Będą
cierpieć, muszą zapłacić za wszystkie krzywdy jakich od nich doznał.
- Szanowny
Panie Riddle. Mamy przyjemność poinformowania Pana, że został Pan przyjęty do
Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i
wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekuję Pańskiej sowy nie
później niż 31 lipca. Z wyrazami szacunku, Albus Dumbledore, zastępca dyrektora
– czytał na głos. Nie zdawał sobie z sprawy, że z każdym czytanym zdaniem jego
głos coraz bardziej drżał z emocji. Uwierzył, że to prawda, że ten dziwak jest
czarodziejem i on także. I będzie najlepszym czarodziejem jakiego będzie nosiła
ta planeta!
Zastanowił się
jednak nad jedną rzeczą. Skąd weźmie to wszystko? Książki, sowę, na której
będzie mógł ćwiczyć dopiero co poznane zaklęcia oraz inne przyrządy? Bardziej martwił
go fakt, skąd weźmie na to pieniądze. Był sam, nie miał nic prócz swojego
pudełka skarbów. Zastanawiał się także czy również nie ukraść potrzebnych mu
rzeczy, gdyby tylko wiedział gdzie je dostać.
- Prowadzimy pomoc dla najbiedniejszych
uczniów. Ty również ją otrzymasz. Nie masz czarodziejskich pieniędzy, dlatego
zakupimy potrzebne ci podręczniki, pergaminy oraz pozostałe wymienione w liście
sprzęty – jakby czytając w jego myślach odezwał się gość. - Sowy mieć nie musisz, będziesz mógł
korzystać z którejś ze szkolnych, jednak... – urwał, bowiem nie chciał mu
przypominać, że przecież nie ma żadnej rodziny ani nikogo do kogo mógłby
czasami wysyłać listy.
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy – oburzył
się chłopak, ale dusza mu śpiewała, że szkoła sama o wszystko zadba oraz, że
reszta magików pragnie przekazać mu całą swą wiedzę, by mógł być jeszcze kimś
lepszym.
- Prośba o pomoc to nie wstyd, Tom. Nawet ja
czasem jej potrzebuję – pouczył go pogodnie czarodziej i podniósł się z
łóżka. Ruszył w kierunku drzwi, bo uznał, że chłopak wie już dość, tyle ile
powinien.
- Pani Connor zabierze cię na dworzec Kings
Cross 1 września o godzinie 11. Nie spóźnij się na pociąg, bo nie będzie czekał
nawet sekundy, pamiętaj o tym – zawinął sobie końcówkę brody na palec i
świeżo upieczony czarodziej zauważył, że przy końcu jest związana gumką do
włosów. Tym bardziej wydał mu się dziwniejszy. – Jednak bądź gotowy, bo przybędę pod koniec sierpnia, aby pokazać ci
gdzie czarodzieje zaopatrują się w potrzebne im składniki i przedmioty –
dodał jeszcze. – Do widzenia. – Już
niemal nacisnął klamkę w drzwiach, bo chciał wyjść i zamienić jeszcze parę słów
z opiekunką sierocińca, kiedy zdanie, jakie wypowiedział chłopiec zastanowiło
go na dłuższą chwilę.
- Rozumiem też mowę węży. Przychodzą tu.
Szepczą coś. Czy to wszystko jest normalne?
Odwrócił się, a
gryzący potwór obawy znowu zagnieździł się w jego żołądku i wielkimi łapskami
ugniatał jego ścianki chcąc wydostać się na zewnątrz. Jedyne to udało mu się
zarejestrować to całkowicie pozbawione emocji spojrzenie, kamienna twarz
zdradzająca, że jest to chłopiec niezwykle inteligentny, ale i na swój sposób
opanowany.
- Tak się zdarza, Tom. Nie każdy to potrafi, rzecz
jasna, ale najwidoczniej miałeś w rodzinie kogoś z takim darem i odziedziczyłeś
go – wyjaśnił po raz ostatni przybysz. Popatrzył na niego jeszcze przez
chwilę, po czym wyszedł zostawiając młodego Riddle’a samemu sobie z nowymi
informacjami na temat swojego pochodzenia. Tego kim jest, kim będzie lub
pragnie być.
*
Tom został sam.
Jak zwykle opuszczony i zamknięty w starym, gnijącym od środka pokoju. W rogach
sufitu jawnie widniał grzyb. Kiedyś skradał się powoli, widząc jednak, że nie
grozi mu atak ze strony sprzątaczki, rozgościł się na dobre i rósł coraz
większy. Zupełnie jak on. Nareszcie wiedział, kim naprawdę jest. Wiedział, że
swoje zdolności odziedziczył po ojcu, zapewne równie wspaniałym i dzielnym
czarodzieju. O matce nie chciał słyszeć. Słyszał, że urodziła go tutaj, nadała
imiona i umarła. Tak beznadziejnie umrzeć może tylko człowiek pozbawiony daru
magii, a chłopak nie potrafił uwierzyć, że było inaczej. Jak tylko pójdzie do
zamku i nauczy się podstawowych rzeczy, postara się odszukać ojca, który
wstydził się związku z szarą kobietą jaką była jego rodzicielka. Tylko takie
miał wytłumaczenie, bo inaczej by go nie porzucił. Nie zostawiłby syna, który
otrzymał po nim magiczne zdolności oraz talent do rozumienia węży. Nie
każdy to potrafi, rzecz jasna... odbijało
się obszernym echem w głowie Toma. Po raz kolejny los pokazał jaki jest
wyjątkowy, jaki niezwykły. Będzie najlepszy, a gdy odszuka ojca, razem będą
zmieniać świat.